Mega-gwiazdy i wielkie oczekiwania
Wydanie nowego mini-albumu przez zespół taki jak BLACKPINK to zawsze globalne wydarzenie muzyczne. Tym razem, przy okazji płyty „DEADLINE”, oczekiwania fanów i krytyków sięgały zenitu. Od czasu ich ostatniego większego wydawnictwa, rynek koreańskiej muzyki pop (K-pop) zdążył się znacząco zmienić, a konkurencja stała się jeszcze bardziej zacięta. W tym kontekście, „DEADLINE” miał być nie tylko powrotem, ale i potwierdzeniem pozycji grupy na światowym podium.
Strategia oparta na międzynarodowych kolaboracjach
Analizując listę twórców zaangażowanych w projekt, widać wyraźnie, że wytwórnia YG Entertainment postawiła na sprawdzony schemat. Jak wskazuje recenzja, „osoby odpowiedzialne za powstanie ‘DEADLINE’ postawiły sobie za główny cel zaangażowanie wielkich zachodnich nazwisk”. Ta strategia, która w przeszłości przynosiła zespołowi spektakularne sukcesy (jak choćby współpraca z Dua Lipą czy Lady Gaga), miała zapewnić albumowi globalny zasięg i komercyjny sukces od pierwszego dnia premiery.
Nie uchroniło to jednak najnowszego mini-albumu Blackpink od pozostawienia słuchacza z poczuciem niedosytu.
Gdzie leży problem? Analiza brzmienia i treści
Pomimo imponującego budżetu i gwiazdorskich nazwisk, „DEADLINE” wydaje się cierpieć na brak spójnej tożsamości muzycznej. Utwory, choć dopracowane produkcyjnie do najmniejszego szczegółu, często brzmią jak bezpieczne, sprawdzone w Zachodnim popie formuły, jedynie „przyprawione” koreańskim wokalem. Brakuje tu charakterystycznej, odważnej energii i eksperymentów dźwiękowych, które wcześniej definiowały brzmienie BLACKPINK. Słuchacz może odnieść wrażenie, że album został stworzony bardziej pod dyktando algorytmów streamingowych i trendów rynkowych, niż z artystycznej potrzeby wyrażenia czegoś nowego.
Wokal i aranżacje pod lupą
Członkinie grupy – Jisoo, Jennie, Rosé i Lisa – niewątpliwie dają z siebie wszystko, prezentując silne, charakterystyczne głosy i precyzyjny rap. Problem leży jednak w materiale, który otrzymały do wykonania. Wiele partii wokalnych wydaje się służyć głównie podkreśleniu chwytliwego refrenu, pozostawiając niewiele przestrzeni na prawdziwą ekspresję czy emocjonalną głębię. Aranżacje, choć bogate, bywają przytłaczające i pozostawiają mało miejsca na oddech.
Podsumowanie: Świetlny projekt z duszą na „DEADLINE”
„DEADLINE” BLACKPINK to bez wątpienia produkt najwyższej półki, stworzony z rozmachem godnym globalnej supergwiazdy. Spełnia on wszystkie komercyjne założenia: jest dopracowany, instantowo chwytliwy i gotowy do dominacji na listach przebojów. Niestety, właśnie ta nadmierna obliczalność i pragnienie zadowolenia każdego odbiorcy sprawiają, że albumowi brakuje tej iskry, nieprzewidywalności i surowego charakteru, które zamieniają dobry pop w kultowy. Pozostawia on słuchacza z mieszanymi uczuciami: podziwu dla skali przedsięwzięcia, ale i tęsknoty za tym, co w muzyce BLACKPINK było najbardziej autentyczne. W świecie, gdzie K-pop nieustannie się rozwija, samo bezpieczne stawianie na zagraniczne kolaboracje może już nie wystarczyć, by zachwycić.
Foto: www.pexels.com
















Leave a Reply