Dziewiąta odsłona wirtualnej legendy
W świecie muzyki, gdzie wizerunek często bywa równie ważny jak dźwięk, projekt Gorillaz od samego początku stanowił fenomen. Powołany do życia przez Damona Albarna i Jamie’ego Hewletta w 1998 roku, ten „wirtualny zespół” złożony z animowanych postaci – 2-D, Murdoc Niccals, Noodle i Russel Hobbs – błyskawicznie przekroczył granice zwykłego eksperymentu, stając się jednym z najważniejszych głosów swojej epoki. Ich debiutancki singiel, „Clint Eastwood”, stał się globalnym hitem, ale to właśnie koncept artystyczny, mieszający muzykę z narracją komiksową i komentarzami społecznymi, zapewnił im trwałe miejsce w popkulturze.
„The Mountain” – podróż w stronę ostateczności
Dziewiąty studyjny album zespołu, zatytułowany „The Mountain”, zdaje się być najbardziej osobistą i wyciszoną płytą w ich dyskografii. Tematycznie oscyluje wokół motywów przemijania, straty i kontemplacji końca. To znaczące odejście od często energetycznego, tanecznego brzmienia poprzednich wydawnictw. Albarn, będący głównym kreatorem muzycznym projektu, prowadzi słuchacza przez pejzaż dźwiękowy pełny melancholijnych syntezatorów, delikatnych aranżacji smyczkowych i hipnotycznych rytmów.
„To płyta o spojrzeniu wstecz i jednoczesnym zrozumieniu, że pewne ścieżki są już zamknięte. Jest w niej smutek, ale też pewnego rodzaju spokój” – mógłby powiedzieć jeden z recenzentów.
Ewolucja projektu: od kontrkultury do kontemplacji
Przez lata Gorillaz ewoluowali od prowokatorów komentujących konsumpcjonizm i kulturę masową („Plastic Beach”) do swego rodzaju kronikarzy współczesnego niepokoju. Na „The Mountain” wirtualni członkowie zespołu schodzą nieco na drugi plan, pozwalając muzyce i liryce na pierwszeństwo. To ciekawe zwieńczenie ćwierćwiecza działalności – projekt, który narodził się jako krytyczna, nieco ironiczna odpowiedź na kulturę celebrycką, teraz sam mierzy się z najbardziej uniwersalnymi ludzkimi doświadczeniami.
Co zostało z rewolucyjnego ducha?
Pytanie o to, co pozostało z pierwotnego, rewolucyjnego zapału Gorillaz, jest w kontekście tej płyty szczególnie trafne. Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Z jednej strony, zespół nie porzucił swojej hybrydycznej natury, łącząc elementy hip-hopu, rocka, elektroniki i muzyki świata. Z drugiej, nastrój jest dojrzały, wyciszony, pozbawiony młodzieńczej brawury. To może być oznaka naturalnej artystycznej ewolucji lub świadomego wyboru, by wirtualna forma służyła dziś bardziej introspekcji niż prowokacji.
Produkcja jest, jak zawsze, nienaganna. Warstwy dźwiękowe nakładają się na siebie z precyzją, tworząc gęstą, atmosferyczną całość. Gościnne występy, choć mniej liczne niż na niektórych wcześniejszych albumach, są starannie dobrane i wtapiają się w melancholijny klimat całości.
Podsumowanie: mglista, ale potrzebna podróż
„The Mountain” Gorillaz to album wymagający. Nie rzuca się na słuchacza chwytliwymi refrenami, lecz zaprasza do powolnej, refleksyjnej wędrówki. Dla fanów przywiązanych do energetycznego brzmienia sprzed lat może być zaskoczeniem. Dla tych, którzy cenią w muzyce głębię i narrację, stanowi natomiast fascynujące i satysfakcjonujące dopełnienie wieloletniej podróży artystycznej. To dzieło, które potwierdza, że nawet najbardziej wirtualny z zespołów może dotknąć bardzo realnych, ludzkich emocji. W mgle „The Mountain” widać nie tyle koniec pewnej ery, co jej dojrzałe, przejmujące zwieńczenie.
Foto: www.pexels.com
















Leave a Reply